Podobno nauczyciela zatrudnionego na podstawie mianowania trudno się pozbyć. Są jednak dyrektorzy, co potrafią to zrobić od ręki. Nim się taki mianowany połapie, już jest na wylocie. Opiszę, co właśnie spotkało geografa z mojej szkoły.
Nauczyciela geografii mamy tylko jednego. Godzin jest dla niego sporo, zwykle ma parę nadgodzin. I właśnie na te nadgodziny jeszcze stara dyrekcja sprowadziła innego geografa. Stary nauczyciel w ogóle nie poczuł zagrożenia. Panowie nawet się zakolegowali. Aż tu nagle gruchnęła wieść, że poprzednia dyrektorka podpisała z nowym geografem umowę przeniesienia i jest on na tych samych prawach, co stary. Obydwaj są zatrudnieni na podstawie mianowania.
Nowa szefowa wezwała wczoraj obydwu geografów do siebie i poinformowała, że w przyszłym roku godzin będzie ok. 24, czyli po 12 dla każdego. Stary oniemiał, a nowy w ogóle nie czuł się zaskoczony. Podziękował. Przyciśnięty do muru przyznał się, że od 1 września będzie pracował tylko u nas, gdyż jego szkołę zlikwidowano. Całe szczęście dla niego, że przeniesiono go tutaj.
W szkole rozpętało się piekło. Panowie prawie się pobili. Stary geograf w końcu zadzwonił do prawnika. Prawnik powiedział wstępnie, że podpisanie umowy niezgodnie z prawem (bo dla dwóch geografów nie ma w szkole godzin) nie skutkuje rozwiązaniem umowy. Nie można bowiem karać pracownika, tj. nowego geografa, za błąd dyrektorki. Stary może wnioskować o odszkodowanie za brakujące do etatu godziny, ale nowy automatycznie nie zostanie zwolniony. W tej sytuacji bowiem nie pracownik jest winny, tylko pracodawca.
Obydwaj geografowie będą musieli dzielić się godzinami aż do chwili, kiedy któryś pęknie i sam się zwolni. Plotki są takie, że prędzej dyrektorka pozbędzie się starego geografa, niż pozwoli, aby odszedł nowy, który podobno jest jej kolegą. Wychodzi więc na to, że dla chcącego dyrektora nie ma nic trudnego. Wystarczy tylko umiejętnie podłożyć świnię.
-SS-
Powrót | Do góry






Komentarze