Refleksja dnia dla mieszkańców miast: Różnica między miastem małym a dużym: w dużym można więcej zobaczyć w małym więcej usłyszeć. Jean Cocteau
Nasza młodzież ma na koncie wiele dokonań.
Mocna była na przykład ścienna ekspozycja (całkiem sprawnych zresztą) karykatur Rady: Zoja z wielkimi zębami– jako koń, Basia z wąsikiem i grzywką na bok, Filip z pokaźnym brzuszkiem i Agnieszka z rudą czupryną. Plus podpis:
Masz kompleksy? Wyglądasz jak koń? Wyglądasz jak Hitler? Wyglądasz jak baba w ciąży? Wyglądasz jakby ci się włosy jarały? Zmień minusy w atuty!!! Zarobisz w Haloween! („koniowata” Zoja wśród dzieci); Z ostaniesz zniczem olimpijskim! (Agnieszka w biegu); Ciesz się maluszkiem! (Filip z becikiem)… Uff!
Demolka ławek w parku do spółki z gimnazjalistami. Pozbycie się z hukiem, przez okno– nie fortepianu Szopena wprawdzie– ale czterech krzeseł i jednej doniczki z kwiatem, zamknięcie woźnej w szatni… Ach, okazało się, że to wszystko nic. Nastała w szkole era Piotrusia. Czarnego Piotrusia.
W feralny miniony poniedziałek Piotruś wpadł na genialny pomysł, aby popuszczać w klasie petardy, celując w portrety literatów. Niestety, trafił w łatwopalną bibułę. Pełno dymu, krzyku, przerażone dziewczyny na ławkach i parapetach, kompletny chaos. Kiedy wszyscy ganiali z wrzaskiem, odszukałam wzrokiem Piotrusia. Stał w kącie i pogardliwie patrzył na salę. Świetnie się chłopak bawił, chętnie by sobie zapalił papieroska… Podeszłam do niego.
– Niezły cyrk, co koleś?– mówię. Piotruś jednakże spuścił główkę i wiadomo było, że nie zaszczyci mnie ani słowem. Takoż w milczeniu trwał w gabinecie dyrektora, gdy zastępca złorzeczył, stary łapał się za głowę, nowa pani dyrektor i pan policjant także. Wezwana matka jechała, ojciec przebywał za granicą, gadali wszyscy naraz. Milczały dwie osoby: Piotruś i ja,
Wbiegła wreszcie mama Piotra i muszę przyznać, że tak pięknej czterdziestolatki dawno nie widziałam.– Ale nogi!– pomyślałam sobie– a jak ubrana! Jak z żurnalu. I bardzo zdenerwowana...
Nawet zastępcy słowa oskarżenia uwięzły w ustach, gdy zobaczył śliczne oczy pełne łez i usłyszał drżący głos: czy lekarza nie trzeba, czy Piotrusiowi nic się nie stało… Piotruś tkwił pod oknem i jestem pewna, że gówniarz gdzieś się nauczył wyłączać świadomość. Medytował może? No, słowem nie było go tutaj– obecny był tylko ciałem. Ogarnęły mnie dwie zgubne emocje:
Pierwsza: Przylać mu. Daję słowo. Przylać mu na odlew tak, żeby zabolało i żeby przybył tutaj do nas duszą i rozumem.
I druga: o matko, nie mogę być nauczycielem, nie mogę uczyć, skoro chcę bić dzieci! I co ja teraz zrobię!!!
Pięknej mamie podano szklankę wody. Widząc pociechę całą i zdrową, uspokoiła się i zaczęła obliczać straty, aby dokonać zadośćuczynienia finansowego. Piotruś milczał, powoli okazywało się, że szkody summa summarum nie są takie wielkie. Ot, burza w szklaneczce wody...
Tak dynamicznie kończył się nam luty. Ale ja wiem na pewno, że dla mnie to dopiero początek emocjonujących wydarzeń.
Powrót | Do góry





, aby dodać komentarz.