Wczoraj mieliśmy spotkanie w sprawie matur. Dyrektorka wydawała polecenia i tłumaczyła, jak ma przebiegać egzamin. Wszystko to znaliśmy od lat, więc słuchaliśmy jednym uchem, a drugim wypuszczaliśmy. W pewnym momencie usłyszeliśmy jednak coś, co nas zmroziło. Otóż szefowa powiedziała, że uczeń, który się spóźni na maturę, ma prawo wejść wtedy, kiedy przyszedł. Musi tylko skończyć egzamin razem ze wszystkimi.
W pokoju nauczycielskim zawrzało. Szczególnie starzy nauczycieli nie mogli pogodzić się z zarządzeniem. Przecież od lat wiadomo, że na egzamin dojrzałości nie wolno się spóźnić. Legendy opowiadano o tym, co się ludziom przydarzyło w dniu matur. Jak to utknęli w windzie albo dzwonili z miasta, że jadą taksówką i proszą, aby nie zamykać szkoły. Z łaski dawano spóźnialskim minutę, ale nie więcej. Teraz szkoła ma być otwarta, a uczeń może przyjść na egzamin w dowolnym momencie. Albo naszej dyrektorce coś się poprzewracało w głowie, albo w ministerstwie edukacji ludzie potracili rozum. Sankcjonować spóźnianie się na maturę to przecież zbrodnia.
Szefowa zażyczyła sobie, aby osoby odpowiedzialne za przygotowanie sal wyznaczyły kilka ławek dla spóźnialskich. Ławki te mają stać blisko drzwi, żeby osoby wchodzące w trakcie egzaminu nie przeszkadzały innym. Jakiś nauczyciel z przekąsem zapytał, czy mamy przeszkolić uczniów w tej kwestii, ale szefowa wcale nie uznała tego za żart. Powiedziała, iż nie ma potrzeby informować uczniów o nowych zasadach, ale egzaminatorzy mają się do nich stosować. Jeśli więc uczeń spóźni się na własną maturę, to przyjmujemy go z honorami i z największym szacunkiem prowadzimy na wyznaczone miejsce. Po prostu pięknie.
-SS-
Powrót | Do góry





Komentarze
Ostatnio edytowany: 2011-05-05 09:53:47
Ostatnio edytowany: 2011-04-27 20:35:45
Ostatnio edytowany: 2011-04-27 20:33:06