W zeszłym tygodniu wystawialiśmy oceny w klasach maturalnych. Jak tylko uczniowie otrzymali stopnie, przestali przychodzić do szkoły. Przez cały rok frekwencja była fatalna, ale teraz zrobiła się zerowa. Nauczyciele, którzy mają lekcje w klasach maturalnych, siedzą sobie w pokoju i gawędzą. Także na moje zajęcia nikt nie przychodzi, więc mam wolne.
Młodzi nauczyciele myślą, że tak być musi. Uczniowie dostają to, co chcieli, czyli oceny, dlatego nie widzą sensu, aby przychodzić na lekcje. A przecież dawniej było zupełnie inaczej. Gdy funkcjonowała stara matura, ostatnie dni przed egzaminem dojrzałości były przepełnione pracą z uczniami. Pamiętam, że siedziałem z klasą od rana do wieczora i powtarzałem materiał. W ostatnich dniach kwietnia, mimo że oceny były wystawione, odpytywałem uczniów, wyjaśniałem wątpliwości, udzielałem porad. Najbardziej pracowity dla nauczycieli był właśnie okres przed maturą. Teraz mam wolne.
Siedzę sobie z kolegą anglistą, na którego lekcje uczniowie także nie przyszli. Nie mieści mi się w głowie, że można być nieobecnym na zajęciach z przedmiotu, z którego za kilka dni będzie się zdawać maturę. Pytam, jak to możliwe, kolega odpowiada, że uczniowie wolą iść na kurs albo pouczyć się samemu. Jedna z uczennic nawet chemii uczy się sama w domu (zdaje ten przedmiot na maturze), a na lekcje już nie przychodzi, ponieważ nie widzi sensu. Po co jest szkoła, po co są nauczyciele? Czy tylko po to, aby wystawiać oceny i wypisywać świadectwa? A do nauki już nie są potrzebni?
-SS-
Powrót | Do góry





Komentarze