Mój dziadek lubił cyklicznie objeżdżać swoją posiadłość i zachodzić po drodze do wszystkich sąsiadów. Bez zapowiedzi, bo przecież gość w dom, Bóg w dom. Tak samo podobno robił też jego ojciec i dziadek. Chyba więc mam we krwi objeżdżanie posiadłości i odwiedzanie ludzi. Tylko że inaczej niż moi przodkowie ja nie posiadam żadnych włości, o które się troszczę, a jedynie klasę wychowawczą. I właśnie od czasu do czasu odczuwam zew krwi, aby sprawdzić, jak żyją moi uczniowie. Szczególnie ci, którzy rzadko pojawiają się w szkole.
Zwykle moja wizyta wywołuje popłoch. Gdy pukam do drzwi i czekam, aż ktoś mi otworzy, najpierw dostrzegam oko w wizjerze, a potem słyszę:„Jezu, to Stępniak…”. Słyszę też, jak ludzie robią szybki porządek, jak butelki spadają ze stołu. Niestety, domy wielu uczniów przypominają meliny. Niektórzy po takim hałasie udają, że ich nie ma. Liczą, że może sobie pójdę. A ja pukam, teraz jeszcze głośniej. Czasem nawet krzyczę, żeby mi otworzono. Ludzie otwierają i są bardzo mili. Zdenerwowani, ale mili. Po wizycie zachowanie ucznia na jakiś czas się poprawia. Dziecko przychodzi do szkoły. Potem trzeba znowu wybrać się z wizytą i osobiście zaprosić.
Dyrektorka ogłosiła, że nie możemy odwiedzać uczniów bez zapowiedzi. Przedstawiła procedurę odwiedzin i zobowiązała nas do jej przestrzegania. Dzwonię więc do wybranego domu i zapowiadam się, że przyjdę razem z pedagogiem. Ustalamy termin naszej wizyty. Jednak gdy przychodzimy, nikogo nie zastajemy. Można tak próbować w nieskończoność. Po kilku nieudanych próbach złamałem procedurę i wpadłem sam bez zapowiedzi. Jak zwykle było miło i nerwowo. Zjadłem trochę jajecznicy, napiłem się herbaty i usłyszałem, że syn będzie przychodził do szkoły. Na niektórych rodziców nie ma lepszego sposobu jak niespodziewana wizyta nauczyciela. Myślę, że mój dziadek jest ze mnie dumny.
-SS-
Powrót | Do góry






Komentarze